krs coop facebook
Serwis Informacyjny Społem

aaa
Co z pojemnikami dań na wynos? Kiedy szklane butelki?- odpowiadamy na pytania odnośnie systemu kaucyjnego…
aaa
Obchody Międzynarodowego Dnia Spółdzielczości w siedzibie Krajowej Rady Spółdzielczej
aaa
Gala Polskiej Ligi Siatkówki
aaa
Młode Spółdzielnie konsumenckie w Europie
Organizacja Euro Coop wspiera działania oraz rozwój spółdzielni w Europie.
Copyright by KZRSS "Społem"

Społemowską restaurację „Albatros" w Augustowie zna cała Polska

Kategoria: SERWIS INFORMACYJNY SPOŁEM NR III/2015 Opublikowano: poniedziałek, 27, lipiec 2015

„Gazeta Współczesna" z 17 lipca br., w artykule Heleny Wysockiej pt.: „Tę restaurację zna cała Polska", zaprezentowała historię słynnej społemowskiej restauracji „Albatros" w Augustowie, należącej do „Społem" Augustowskiej Spółdzielni Spożywców.
Restauracja „Albatros" w Augustowie została uroczyście otwarta 22 lipca 1962 roku. Restauracja mieściła 160 konsumentów, a pracowało w niej około 50 osób. Wówczas w restauracji znajdowały się stoliki na metalowych nogach i krzesła ze skaju.

W opublikowanym artykule czytamy m.in.: «Klienci godzinami czekali na wolny stolik. Na plecakach w holu siedzieli, albo tłoczyli się na tarasie. A jak ktoś się za bardzo guzdrał z jedzeniem, to potrafili go poganiać. „Kawę to pan popijaj na tarasie" – radzili.
Byli też tacy, którzy próbowali przekupić kelnerki czekoladkami, aby tylko wejść na salę. Czy się udawało, nie wiadomo. Pewnie bywało różnie. Ale dziś nikt nie chce na ten temat spekulować.
– „Albatros" był najbardziej znanym lokalem w regionie, a może i w całym kraju – mówi z dumą Bogusław Samel, wieloletni prezes augustowskiego „Społem".
Nie bez powodu jadał tam cały ówczesny establishment. Lokal zasłużył sobie na taką klientelę świetną kuchnią i kapelą, która przygrywała na codziennych dancingach. Było wówczas gwarno i wesoło. Na parkiecie deski trzeszczały od tańca. Ludzie bawili się do świtu. Wejściówki na dancingi trzeba było rezerwować na kilka dni przed zabawą. A do lokalu wchodzili tylko ci, którzy byli elegancko ubrani, w garniturach, pod krawatem. Chyba, że udało się im przekupić szatniarza, który – za odpowiednią gratyfikacją – przez niewielkie okienko w ścianie podawał klientowi „służbową" koszulę i muchę. Można je było zdjąć dopiero po przejściu przez bramkę. Później z sali wypełnionej światłami i smugami papierosowego dymu nikt już nikogo nie wyrzucał. (...).
Za kilka dni restauracja, do której wchodzi się po siedemnastu schodkach, będzie świętować swoje kolejne urodziny. Została otwarta 22 lipca 1962 roku. Takich „społemowskich" obiektów w latach 60. powstały w kraju setki. Ale nie wszystkie przeżyły szaleństwo koniunktury. „Albatrosowi" bez wątpienia to się udało. Niektórzy żartują, że przeleciał nad kryzysem w gastronomii jak burza. I leci dalej.
– Była moda na bywanie w „Albatrosie" – wspomina augustowianin Andrzej Zarosiński. – Nawet codziennie. Jeśli, rzecz jasna, portfel na to pozwalał.
Niektórzy przychodzili tuż po pracy. Brali jedzenie, alkohol i biesiadowali do białego rana.
Lokal potocznie nazywano zajezdnią czołgową. Ze względu na loże, których sięgające sufitu filary tworzyły boksy. Najbardziej lubili je tajniacy i milicjanci. Zwłaszcza jedną, zwaną partyjno-rządowym kącikiem intymności. Siadali w nim, wyciągali notatniki i pisali, kto, z kim, po co i za ile. Czasem robili awantury muzykantom, bo piosenki musiały być poprawne politycznie. Najwięcej dostawało się za „Czerwone maki". Niektórzy, bardziej gorliwi i podchmieleni towarzysze przybiegali z awanturą, że tego grać nie wolno. Grający tłumaczyli, że to tylko muzyka. Mówili, że zamawiają ją starsi ludzie i, że nikt nie tańczy. Czasem się upiekło, czasem – nie.
– Graliśmy trójkami – wspomina Marek Maciejewski, pianista, który dołączył do „albatrosowej" kapeli w 1980 roku. – To znaczy trzy utwory i chwila przerwy. Mieliśmy wyliczone, że na godzinę wchodzi pięć trójek. Wolny, szybki, wolny, szybki i tak dalej.
Najwięcej uciechy było podczas koncertów życzeń, po północy. To czas, kiedy panowie zamawiali piosenki swoim wybrankom. Chłopaki z orkiestry nie raz robili im kawały. Mogli sobie na to pozwolić, bo byli najlepszą kapelą w mieście. Wiedzieli, że nikt ich nie zastąpi.
– Ludzie zamawiali piosenki po tytułach – wspominają muzycy.
Znali bodajże wszystkie. Ale kiedyś jeden z gości ich zaskoczył. Zamówił „Toboły". Zaczęli patrzeć po sobie, zgadywać o co chodzi. W końcu zagrali „To były piękne dni". Klient był zachwycony.
Czasem robili niezłe psikusy. Zwłaszcza „oficerkom" z Wojskowego Domu Wczasowego, bo ich nie lubili. Była kiedyś taka sytuacja, że jeden z wojskowych zamówił tango. Kapela zaczęła romantycznie, a później przeszła w marsza żałobnego. Minęło kilka dobrych chwil, nim zakochany się połapał. Rozeźlił się, rzucał się z łapami, ale muzykanci nie byli gorsi. Złapali za krzesła i nauczyli go respektu. Pewnie długo to pamiętał.
– Podczas dancingów zdarzały się różne, śmieszne sytuacje – wspomina pan Marek. – Kiedyś, tuż przed północą pewna pani weszła na scenę i zaczęła zdejmować ubrania. Jak by się to się skończyło, nie wiem. Bramkarz zareagował w porę. (...).
W „Albatrosie" bawili się politycy, sportowcy, cinkciarze i aktorzy. Ci ostatni, gdy w 1973 roku, w Puszczy Augustowskiej kręcili „Czarne chmury", przychodzili tu na kolację prosto z planu. Ogorzali i zakurzeni od konnej jazdy rozsiadali się w czerwonych lożach i biesiadowali. Kiedyś jedna z klientek prosiła kelnerów, żeby ich wyrzucić z lokalu, bo pościągali buty i strasznie cuchnie. Jeść się nie dało...
W „Albatrosie" bawiła się m.in. Adrianna Biedrzyńska, Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski. Ten ostatni miał nawet obiecywać indyka za wejściówkę na sylwestra. Fakt to, czy mit, nie wiadomo. Prawdą natomiast jest, że porucznik Borewicz przy stoliku z metalowymi nogami rozwiązywał jedną z zagadek „07 zgłoś się" i zajadał się słynnym linem w śmietanie.
Do lokalu wpadała też Maria Koterbska. Zresztą, to jej „Augustowskie noce" sławiły lokal i miasto jako pierwsze. Kiedyś weszła do „Albatrosu", gdy miejscowi zaczynali grać tę piosenkę. Podeszła do orkiestry i zapytała, czy może zaśpiewać drugą zwrotkę. Miała piękny, mocny głos. Później śpiewała ją tu nie raz. Podobnie jak Janusz Laskowski, który sławił „Albatrosa" „Beatą".
– To ten między innymi utwór pozwolił lokalowi przetrwać – uważa Marek Maciejewski. – Ludzie często nas prosili, aby go zagrać. Zresztą, gramy go do dzisiaj!
Znakomici goście bratali się z augustowską klientelą i letnikami z pracowniczych ośrodków wypoczynkowych, od których roiło się w letnie miesiące. Dziś w „Albatrosie" też bywają gwiazdy i ludzie z pierwszych stron gazet. Ale najczęściej chodzą w ciemnych okularach i już się tak z turystami nie jednoczą. Mimo to „Albatros" jest wciąż oblegany».